Wydarzenia

ponad rok temu  21.11.2019, ~ Administrator - ,   Czas czytania 4 minuty

Z teczki szkodowej Tomka „Poranna rozmowa z… ekspertem

Jakiś czas temu brałem udział w oględzinach samochodu po zdarzeniu komunikacyjnym. Była ofiara śmiertelna. Pojazd bardzo mocno zniszczony.

Jako że pojazd przez ponad miesiąc stał na parkingu strzeżonym, ponieważ właściciel ze względu na obrażenia nie był w stanie się nim zająć, rodzina zwróciła się do mnie z prośbą o pomoc. Zorganizowałem transport pojazdu do miejsca zamieszkania poszkodowanego. Bezzwłocznie za pomocą internetowego formularza zgłosiłem szkodę. Po niedługim czasie zadzwonił do mnie likwidator merytoryczny i zaproponował oględziny za pomocą przesłanych zdjęć lub filmiku nakręconego telefonem. Nie wyraziłem na to zgody, ponieważ pojazd nie jest zbyt popularny na polskim rynku. Ponadto poszkodowani wracali z wakacji, mając w przestrzeni ładunkowej wiele prywatnych rzeczy. Stanęło na oględzinach pojazdu przez eksperta mobilnego. Jako że, jak wspomniałem, właściciel pojazdu nie był obecny ze względów zdrowotnych, to ja uczestniczyłem w oględzinach zarówno jako obserwator, jak i osoba mogąca pomóc.
Z ostrożności zabrałem ze sobą skany dokumentów poszkodowanego i pojazdu oraz wydruk z CEPiK dotyczący samochodu. Brakowało faktur za montaż instalacji gazowej i haka holowniczego. Same oględziny przebiegły w sposób niezwykle sprawny, bez utrudnień, choć niektóre pytania eksperta TU P. S.A. w Warszawie wzbudziły moje wątpliwości. Otóż pan zapytał, czy mam kluczyk do pojazdu, ponieważ nie będzie mógł odczytać stanu licznika. Moim zdaniem przy takich uszkodzeniach w pierwszej kolejności należałoby zauważyć i sprawdzić, czy stan instalacji elektrycznej pozwala na zainicjowanie zasilania w obwodach, a następnie bez wkładania kluczyka do stacyjki odczytać przebieg pojazdu. Jako że jestem certyfikowanym analitykiem danych wypadkowych pojazdów, podzieliłem się tą wiedzą z ekspertem TU. O dziwo, pan przyznał mi rację, więc przystąpiliśmy do odczytu przebiegu. Zgodnie z moimi sugestiami ekspert dokonał odczytu rzeczywistego przebiegu, o czym mnie poinformował, dodatkowo potwierdziliśmy to wydrukiem CEPiK. Co do wyposażenia dodatkowego, czyli instalacji gazowej, haka i innych usprawnień pojazdu, zobligował się do zaciągnięcia tej dokumentacji z akt szkody.
Rozstaliśmy się w dobrych relacjach, życząc sobie miłego dnia. No i przyszła wycena. O zgrozo, zastanawiałem się, co ten człowiek wymyślił. Zaczęło się od przebiegu pojazdu, który został wpisany jako „oszacowany” na 71 000 km! Podczas oględzin pan ekspert odczytał niewiele ponad 8000 km. Jakże niewielka różnica, a zarazem przekłamanie w dokumencie mającym służyć jako dowód w postępowaniu toczącym się na podstawie ustawy i mającym wpływ na jego wartość na dzień szkody! Sunąłem wzrokiem po kolejnych pozycjach wyceny wartości pojazdu na dzień szkody – miesięczna instalacja gazowa sekwencyjna wyceniona została na 1595 zł. Nie będę mędrkował, ale do 4-cylindrowego motoru raczej nie kupi się osprzętu i butli zewnętrznej montowanej pod pojazdem. A gdzie robocizna? Hak holowniczy użytkowany przez miesiąc – 350 zł, wyciszenie przestrzeni bagażowej – 300 zł. Żadnych dodatkowych wyliczeń, obliczeń, symulacji, po prostu pan ekspert wpisał je z ręki. Czytamy dalej. Zadana szacunkowa korekta z tytułu wcześniejszych napraw: potrącenie – 408 zł. Pan ekspert nie zadał sobie trudu, żeby to w jakikolwiek sposób udowodnić! Kolejne wersy: regionalna sytuacja rynkowa – potrącenie 817 zł. Słów mi brak! Człowiek nie zadał sobie żadnego trudu, żeby przedstawić jakiekolwiek oferty z rynku. Nie porównał ich, nie stwierdził różnic w cenach zakupu, sprzedaży. Po prostu po raz kolejny z „rączki” wyciągnął potrącenia. Słów mi brakowało, przeraził mnie bezkres głupoty, malkontenctwa i zakłamania wynikający z tej wyceny. Ekspert nie wiedział, że nie jestem z przysłowiowej bramy czy łapanki. Usłyszał, że właściciel jest bardzo mocno kontuzjowany i porusza się na wózku inwalidzkim. I już wiem, że na pewno nie kierował się profesjonalizmem czy choćby empatią.
Wysłałem mail do likwidatora z moimi wątpliwościami i zadzwoniłem do pana eksperta. Odebrał telefon. Przedstawiłem się, przybliżyłem okoliczności, w których się poznaliśmy, i zadawałem kolejne pytania odnośnie do zafałszowanego przebiegu, potraceń itp. Przedstawiciel firmy zaczął kłamać, ale z tych kłamstw się wycofał. Skierował mnie do likwidatorki. Dlaczego? Czy to ona to auto oglądała i napisała nieprawdę? Zapytałem go też, czy jest rzeczoznawcą. Odpowiedział, że tak! Poprosiłem o nazwę ośrodka certyfikującego i numer certyfikatu. Finalnie okazało się, że mężczyzna jest pracownikiem towarzystwa, ale certyfikatu nie ma.
Dla porządku przytaczam definicję rzeczoznawcy: „rzeczoznawca – tytuł przyznawany na podstawie odpowiednich przepisów szczególnych osobom o wysokich kwalifikacjach i odpowiednio dużym udokumentowanym doświadczeniu w określonej dziedzinie i specjalności zawodowej”.
Trochę mi to przypomina podszywanie się pod określone osoby i świadome wprowadzanie w błąd. Sprawy nie odpuścimy. Towarzystwo ubezpieczeniowe to profesjonalista posiadający profesjonalną kadrę i profesjonalne narzędzia. A gdzie tu ten profesjonalizm?
Na ten i inne tematy porozmawiamy 10-11 grudnia 2019 roku podczas XIV Dyskusyjnego Forum Ubezpieczeń Komunikacyjnych.

Tomasz Szydlak
ekspert Polskiej Izby Motoryzacji

GALERIA ZDJĘĆ

Z teczki szkodowej Tomka „Poranna rozmowa z… ekspertem"

Komentarze (0)

dodaj komentarz
    Nie ma jeszcze komentarzy...
do góry strony